TOP 4: Partyzanckie i podziemne ogrodnictwo

Partyzantka całkiem słusznie kojarzona jest z kolorami ziemi i z wieloma odcieniami zieleni. O tym, że jej działania przeprowadzane są z ukrycia, najlepiej błyskawicznie i z wykorzystaniem elementu totalnego zaskoczenia, wiecie pewnie wszyscy. Ale czy wiecie również, że na świecie istnieje partyzanckie ogrodnictwo?
Pojawia się lub objawia się [określenie zależne jest od tempa podejmowanych akcji] błyskawicznie, kompletnie zaskakuje, jest ściśle związane z kolorystyką natury i – tu uwaga! – bywa politycznie niepoprawne.
Żeby było dziwniej, istnieje również ogrodnicze “podziemie”.
I partyzanci i ci z podziemia wykorzystują do swoich działań nisze, które do tej pory nie wzbudzały niczyjego zainteresowania.
Dzisiejszy przegląd zaczniemy od najbardziej wojowniczej odmiany ogrodnictwa – jego amatorom zdarza się trafiać za kratki.

1. Guerilla gardening - czyli dosłownie: partyzantka ogrodnicza. “Wojownicza” odmiana sztuki ogrodniczej, wyszarpująca każdy, niewykorzystywany do tej pory, skrawek przestrzeni – nie byle jakiej, bo PUBLICZNEJ – pod uprawę roślin. A przestrzeń publiczna, jak wiadomo, to rzecz strzeżona pilnie – bo to dobro należące do ogółu społeczeństwa. Natomiast pojęcie dobra ogółu z założenia, jak gdyby, jest dość upolitycznione. Co jasne, wiąże się to z popularnością wśród wyborców, przestrzeganiem zasad porządku publicznego i posiadaniem władzy oraz przyzwoleniem na kontrole. Praktykujący guerilla gardening rozbijają w drobny mak świetnie skonstruowane plany [nie]zagospodarowania przestrzennego miast, błyskawicznie i znienacka obsadzając roślinami każdy wolny skrawek. Przez niektóre frakcje partyjne ich działania zazieleniania terenów, przebiegające poza kontrolą i oficjalnym pozwoleniem władz miejskich, bywają z tego powodu postrzegane jako akty wandalizmu, a nawet… działania terrorystyczne. Za to trafia się już do więzienia.
Dla mnie rzecz co najmniej dziwna, bo nie wpadłabym na to, by za terrorystę uznać kogoś, kto sprawił, że w mieście – nawet na środku chodnika – wyrastają słoneczniki.

Do uprawiania guerilla gardening nie potrzeba złożonego zaplecza technologicznego. Tylko odwagi, pomysłu i szybkości. [Nie zachęcam nikogo do tworzenia partyzanckiej działalności konkurencyjnej w obszarze funkcjonowania zieleni miejskich; ale w sytuacji, kiedy ma się dobry pomysł, warto oficjalnie przedstawić go włodarzom miejskim.]

2. Graffiti z mchu – to też pewnego rodzaju partyzantka roślinna, tyle, że znacznie wolniejsza w działaniu. Dlaczego? Bo musi urosnąć :-). Mszyste graffiti robi się tak [przepis znaleziony w Internecie]: na początek trzeba przygotować tzw. szybki starter graficzny, w którego skład wchodzi: garść mchu, pół litra maślanki, pół litra wody [ewentualnie piwa], pół łyżeczki cukru. Wszystkie składniki umieszcza się w blenderze lub mikserze i starannie miesza. Gotową miksturę starannie nakłada się pędzlem na miejsce przeznaczone dla graffiti. By mszysty obraz miał szansę przetrwać, musi być “namalowany” na powierzchni zacienionej, najlepiej często wilgotnej.

W ten sposób daje się stworzyć żywe graffiti bezpośrednio na ziemi, na murach lub posągach [uczulam, by nie próbować tej sztuki ogrodniczej na żadnym obiekcie użyteczności publicznej ani prywatnej bez uzyskania wcześniejszej zgody właściciela lub zarządcy; za to bez przeszkód można np. we własnym gospodarstwie postarzać mury, płoty lub figurki ogrodowe a nawet dachówki].

3. Ogród w… podziemnym skarbcu bankowym – choć wydaje się to nieprawdopodobne, takie miejsce istnieje naprawdę. W podziemiach jednego z tokijskich budynków, w którym kiedyś mieścił się skarbiec bankowy, teraz istnieje tętniący życiem, zachwycający ogród. Oczywiście, cały, pokaźnych rozmiarów, bo o powierzchni 1 km², ogród funkcjonuje dzięki nowoczesnemu zapleczu technologicznemu, dostarczającemu światła i zapewniającemu odpowiednią temperaturę. Powiecie: “To kosztuje”. Tak. Kosztuje zużytą energię i ileś pieniędzy. Ogród nie pełni jednak tylko roli lokalnej ciekawostki. To miejsce na praktyczne szkolenia, dzięki którym młodzi adepci ogrodnictwa podwyższają swoje kwalifikacje, a bezrobotni zdobywają nowy zawód i szansę na zdobycie dobrej pracy. Nie sądzę, by pozostawienie tych pomieszczeń pustymi przyniosło jakikolwiek pożytek. Zobaczcie, co rośnie w ogrodzie zamkniętym w sejfie.


4. Ogrody w katakumbach – stworzył je genialny artysta, ogrodnik i budowniczy, Baltazar Forestiere. Podziemne ogrody zamknięte w sieci korytarzy, przejść, schodów istnieją w Kalifornii. Ich twórcę kosztowały 40 lat pracy. Pierwotnie obszar zajmował 10 hektarów. Rośliny uprawiane są na 3 poziomach – owocują tam drzewa i krzewy owocowe, winorośle i krzewinki. Wszystko od kilku do kilkunastu metrów pod ziemią. Baltazar Forestiere dość szybko odkrył, że kalifornijska ziemia nie nadaje się do uprawy tradycyjnej. Postanowił więc podejść ją od tyłu, lub – trafniej - od dołu: zaczął kopać. I tak w ciągu kilkudziesięciu lat pracy powstał system studni, tuneli i wielu otworów w ziemi, z których wyrasta bujna zieleń, w normalnych kalifornijskich warunkach nie mająca szans na przetrwanie.
Fot.: Make, WebUrbanist, sxc


Zróbmy to u nas! Kto się przyłączy?
Ja się przyłączę. Tylko musimy jakieś oryginalne miejsce znaleźć.
Ja! Ja! Ja!