Doładuj sobie!
Coś dla chcących być trendy i eko: przyjazna środowisku, przenośna ładowarka, zasilana 3 bateriami słonecznymi. Można nią naładować baterie, telefony komórkowe, palmtopy, kamery, GPSy i odtwarzacze MP3. Generuje 4 watowy prąd i wedle zapewnień producenta, niezawodne, niemieckie panele solarne pozwolą na kilkugodzinne zasilanie urządzeń. Najdłużej ładuje baterie, bo do 10 godzin; pozostałe urządzenia: 4 – 8 godzin.
Ładowarka wygląda jak rasowy element ekwipunku doświadczonego globtrotera: poręczna i wystylizowana na turystyczny niezbędnik. Albo ma postać niewielkiej torebki, albo jest to zgrabny plecaczek. Nie trzeba jej przygotowywać do działania i podłączać do dodatkowego zasilania – aczkolwiek posiada na wyposażeniu konwerter źródeł zasilania, dzięki czemu, jeśli słońce wystawi nas akurat do wiatru, można podładować urządzenie z samochodu albo ze standardowego gniazdka. Można ją nosić ze sobą (ma wygodny pasek) i nie martwić się, że przemoknie na deszczu – uszyto ją z impregnowanego, wodoszczelnego materiału. Pasek też nie chłonie wilgoci.
Jak się jej używa? Wkłada się po prostu do torebki albo plecaka urządzenie, któremu trzeba przywrócić żywotność, podłącza od wewnątrz do gniazdka zasilającego i… idzie dalej. Trzeba tylko pamiętać, by nosząc plecak, wędrować ze słońcem „na plecach” – inaczej ładowarka nie będzie pracować na pełnej mocy. Z torbą jest prościej – można ją przytroczyć gdziekolwiek i jakkolwiek, byleby oświetlało ją słońce. Ale do torby nie włożymy laptopa; zmieści się tylko do plecaka.
Ładowarka jest absolutnie przyjazna środowisku: wykonano ją z pochodzących z recyklingu plastikowych opakowań i butelek. Gadżet przydatny – szczególnie dla tych, co ciągle w biegu, w podróży i na włóczędze w takich ostępach, że trudno szukać śladów cywilizacji – o dostępie do prądu elektrycznego już nie wspominając.
Jeśli myślicie już o prezentach i świętach, to może zamiast skarpetek podarujecie turyście taki solarny niezbędnik?
Uwaga! Są i damskie torebki solarne!
Źródło: reusablebags.com
Ludzkie włosy oraz grzyby – pogromcy plam ropy

Okazuje się, że nawet bezużyteczne, wydawać by się mogło, ścinki włosów, których całe kilogramy codziennie wymiatają z salonów najmłodsze adeptki sztuki fryzjerskiej, mogą się na coś przydać. Nowatorski pomysł na wykorzystanie ściętych włosów, który narodził się kilka lat temu w USA polega na tym, że wykonuje się z nich maty. Nie, nie do wycierania butów przed drzwiami. To maty do pochłaniania rozlanych z tankowców ropy i oleju.
Maty wielkości wycieraczek, leżących przed drzwiami każdego mieszkania, wykonano w całości z ludzkich włosów. Rozłożone na rozlanej na wodzie plamie ropy, świetnie chłoną tłuste zanieczyszczenia, oczyszczając tym samym wodę z trującej mazi. Zastosowano je po niedawnej katastrofie tankowca, który uderzył w most Bay Bridge, co spowodowało wylanie się do Zatoki San Francisco setek tysięcy litrów ropy. Rozłożono tam ponad tysiąc mat, które niczym gąbki chłonęły zanieczyszczenia.
Następnie maty rozkładane są przez grzyby i inne mikroorganizmy, zamieniając się w nietoksyczny kompost. Proces rozkładu trwa około 3 miesięcy.
Ideę produkcji i używania mat z ludzkich włosów propaguje amerykańska organizacja „Matter of Trust”. To organizacja non – profit, współpracująca z wieloma zakładami fryzjerskimi w USA.
Na stronie „Matter of Trust” znaleźć można m.in. następujące informacje: każdy może oddać swoje włosy; kolor, długość i skręt nie grają roli; trzeba tylko wypiąć z włosów wszystkie ozdoby i spinki; najlepsze i najefektywniejsze są ludzkie włosy; zwierzęce też nie są złe, ale nasze lepiej chłoną zanieczyszczenia.
Maty nazywa się często włosianymi oczyszczalniami. Wprawdzie niektórzy z nas będą pewnie mieli mieszane uczucia po przeczytaniu tego postu („…bo kilkadziesiąt lat temu ktoś też kombinował nad tym, co można wykorzystać z ludzi…”), ale pomysł wydaje się naprawdę godny uwagi. Poza tym, gdyby zakłady fryzjerskie oddawały ścięte włosy, może wreszcie przestałoby cuchnąć z ich kominów, kiedy palą ścinki włosów?
Foto: FreeDigitalFotos.net
Źródło: GreenBiz
Od termitów do biopaliw

Poszukiwania alternatywnych źródeł energii i nowych paliw weszły już w tak intensywną fazę, że pod lupę naukowców dostaje się coraz więcej żywych stworzeń. Są badane pod kątem potencjalnej użyteczności w produkcji np. biopaliw. Badacze przyjrzeli się termitom, i okazało się, że te powszechne w tropikach owady mają okazję pozbyć się wizerunku darmozjadów i niszczycieli drewna. Wszystko za sprawą żyjących w ich przewodach pokarmowych bakterii oraz enzymów, pomagających trawić celulozę i ligniny.
Kiedy termit trawi drewno, rozkłada polimery: ligniny i celulozę do cząstek prostych – monomerów, które mogą być łatwo fermentowane do otrzymania takich alkoholi, jak np. etanol. Etanol z kolei można wykorzystać jako biopaliwo.
Termity okazują się żywymi, łatwo dostępnymi i nietrudnymi w hodowli rezerwuarami mikrobów i enzymów, które można wykorzystać do produkcji biopaliw z resztek roślinnych: zielonych i zdrewniałych. Wystarczy tylko pobrać bakterie z jelit termitów i zaszczepić nimi biomasę, by za niedługo mieć z niej porządną dawkę biopaliw.
Technologia procesu może być jeszcze prostsza, ponieważ do pracy zagoniono biochemików, genetyków i biotechnologów, by zsekwencjonowali łańcuchy DNA enzymów i wymyślili, jak wytwarzać syntetyczne odpowiedniki naturalnych substancji.
Na razie izolacja interesujących substancji wygląda tak, że naukowcy w laboratoriach, uzbrojeni w kleszcze, skalpele i nożyce, patroszą kolejne partie termitów, by wydobyć z ich wnętrzności cenną maź. Poddaje się ją badaniom biochemiczno – genetycznym i ocenia wydajność trawienia masy roślinnej. Wyselekcjonowane, szczególnie efektywnie działające próbki poddaje się dalszym badaniom.
Interesujący, enzymatyczny łańcuch DNA do trawienia roślinnych polimerów ma ok. 500 genów. Opracowanie technologii wytwarzania substancji i przemysłowa produkcja biopaliw z tą metodą zajmie jeszcze sporo czasu. Wiadomo jednak, że proces będzie się opłacał. Skoro tak, to może warto by przyjrzeć się rodzimym kornikom?
Groźne węglowodory aromatyczne

Coraz więcej kobiet ma problemy z zajściem w ciążę i donoszeniem jej. Panowie też mają coraz częściej problemy z płodnością: plemników miewają za mało, a bywa też, że są mało żywotne. Najnowsze badania dowodzą tego, co od pewnego czasu sygnalizowali co mądrzejsi lekarze: przyczyn niepłodności należy szukać w zanieczyszczonym środowisku.
Okazuje się, że największy wpływ na spadek zdolności reprodukcyjnych mają cykliczne węglowodory aromatyczne (PAHs). Na nieszczęście, są obecnie prawie wszędzie, a szczególnie w miejscach wybitnie uprzemysłowionych. Znaleźć je można w spalinach samochodowych i w dymie papierosowym, w przypalonym jedzeniu i w wyziewach z pieców oraz kominów.
Szczególnie niebezpieczne są dla kobiet – powodują poważne problemy z owulacją: jajniki produkują mniej komórek jajowych, a to zmniejsza szansę na zapłodnienie. Przyczyniają się też do wcześniejszej menopauzy, ze wszystkimi jej negatywnymi skutkami: przedwczesnego starzenia się, osteoporozy i spadku wigoru. Są wybitnie rakotwórcze.
Najgorsze jest jednak to, iż negatywne działanie PAHs często ujawnia się dopiero w następnych pokoleniach. Jeśli dziewczyna była narażona na długotrwały kontakt ze szkodliwymi substancjami, istnieje naprawdę wielkie ryzyko, że jej dzieci albo będą bezpłodne, albo ich możliwości rozrodcze będą mocno ograniczone.
PAHs kumulują się w ciele: w tkance tłuszczowej i łącznej. Podczas ciąży są uwalniane do krwi i w ten sposób dostają się do tworzącego się ciała płodu. Dzieci mają już w chwili narodzin uszkodzony układ rozrodczy – o czym przekonują się, niestety, za mniej więcej ćwierć wieku.
Szkodliwy wpływ węglowodorów staje się na tyle poważnym problemem, że wielu zaczyna go porównywać do plagi albo zaliczać do chorób cywilizacyjnych.
Naszemu gatunkowi może zagrozić więc wymarcie, jeśli w porę nie wypracuje się metod redukcji emisji PAHs. Kto więc chce mieć wnuki, niech sam eliminuje szkodliwe substancje, rzucając palenie i popierając proekologiczne inicjatywy technologiczne.
Źródło: Uniwersytet Toronto
Jak ochłodzić procesor i… pupę?

I pomyślałby ktoś, że dzięki kaprysom klienteli, wybierającej wśród luksusowych marek samochodów, powstanie innowacyjny materiał, który – być może – znajdzie zastosowanie wszędzie tam, gdzie trzeba będzie oszczędzać energię. Zaczęło się od tego, że nabywcy drogich aut zażyczyli sobie efektywnego systemu chłodzenia siedzeń samochodowych, ponieważ ich wymagające tylne części ciała nie tolerują nagrzanych tropikalnym słońcem siedzisk. Wprawdzie klimatyzacja w autach istnieje od wielu lat, ale bywa mało efektywna.
Naukowcom z Uniwersytetu Massachusetts udało sie wynaleźć termoelektryczny materiał, który spełnia te wymagania. Pomysł oparto na tym, że kiedy materiał jest nagrzewany, generowane jest pewne napięcie elektryczne. Z kolei, kiedy przez materiał przepuszcza się prąd, jedna jego strona rozgrzewa się, a druga zostaje chłodna. Problemem była tylko niska efektywność procesu. Do pracy zagoniono nanotechnologiczne roboty, które wytłoczyły na materiale mikroskopijny wzór, dzięki czemu nabył on zupełnie nowych właściwości. „Nanodesign” nie pozwala na nagrzewanie się materiału, ale umożliwia swobodny przepływ prądu.
Wynalazek ucieszy zapewne marynarkę, która już od wielu lat poszukiwała podobnego materiału – wszak klimatyzacja i generowanie energii to podstawowe składowe, umożliwiające przeżycie załogom łodzi podwodnych. Materiałem interesują się już producenci ogniw fotowoltaicznych i systemów solarnych, widząc w wynalazku sposób na polepszenie wydajności magazynowania i zamiany energii cieplnej w elektryczną. Przewiduje się, że wynalazkiem zainteresują się też producenci komputerów – okładziny układów scalonych, wykonane z nowego materiału pozwolą na redukcję albo wyeliminowanie układów chłodzących nagrzane pracą procesory. Nowa technologia pozwoli też na efektywne wykorzystanie ciepła uzyskiwanego w procesie spalania paliw napędzających auta – przerobione zostanie na prąd elektryczny. Zadowoli zwolenników chłodnych siedzeń w aucie i ekologów, którym oszczędność energii leży na sercu.
Źródło: Uniwersytet Massachusetts
Powalczmy o kolorowe liście!

Wysoki poziom CO2 w atmosferze ma również wpływ na tak abstrakcyjne pojęcie jak piękno barwnej jesieni. Naukowcy z Uniwersytetu Southampton odkryli, że za późniejsze przebarwianie się liści jesienią nie jest odpowiedzialne ocieplenie klimatu, a wzrost stężenia CO2 w powietrzu. Do tej pory sądzono, że liście stają się później kolorowe, ponieważ globalne ocieplenie spowodowało wzrost temperatur i opóźniło nadejście chłodów. Zielony barwnik roślin – chlorofil bardzo nie lubi zimna i ulega rozkładowi, kiedy temperatura spada do poziomu bliskiego zeru w skali Celsjusza. Kiedy chlorofil zanika, uwidacznia się cała gama ksantofili, karotenoidów i antocyjanów, maskowanych do tej pory przez zielony barwnik. I dlatego liście jesienią są kolorowe – możemy wówczas zobaczyć to, co w porze ciepłej jest zasłonięte przez zieleń chlorofilu.
Tymczasem to nie ciepełko utrzymuje zieleń w liściach… CO2zawarty w powietrzu „zachęca” rośliny do intensywnej fotosyntezy. To z kolei prowadzi do produkcji składników budulcowych roślin; a te, mając zgromadzone zapasy, po prostu rosną. I mogą zastępować rozłożony chlorofil świeżymi porcjami zielonego barwnika. Nadejdzie jesień, a liście nijak się nie przebarwią…
Zjawisko powinno raczej smucić niż cieszyć. Rośliny nie potrafią myśleć i przewidywać – nie zdążą więc wyhamować fotosyntezy i innych procesów życiowych na tyle, by w porę wstrzymać krążenie soków przed nadejściem zimy. A to grozi uszkodzeniami organizmów, infekcjami i śmiercią roślin.
W 2050 roku – jeśli ludzkość, oczywiście, nie zrobi nic w kierunku redukcji poziomu stężenia CO2 w atmosferze – jego poziom będzie na tyle wysoki, że zapomnimy o kolorowej jesieni, bo liście przestaną się przebarwiać.
Jeśli kolorowe jesienne liście nie mają być tylko przeżytkiem minionej epoki, konieczne jest twarde redukowanie stężenia CO2 w atmosferze. Tylko to sprawi, ze znów zobaczymy złocistości klonów i czerwienie dębów.
Źródło: ScienceDaily
Foto: Ekoenergia
Eko – McDonald’s i eko – Marriott

W mieście Pensacola na Florydzie, istnieje jedna z wielu w świecie restauracja McDonald’s. Nie byłoby w tym nic dziwnego – amerykański „hamburgerowy” potentat ma przecież swoje placówki prawie w każdym zakątku Ziemi – gdyby nie fakt, że ta akurat placówka ma szansę stać się pierwszą na Florydzie, wykorzystującą energię ze źródeł geotermalnych, których pełno w okolicy Pensacoli. Geotermalne ciepło ma dostarczać ponad połowę energii do restauracji. Inżynierowie zaplanowali 55 odwiertów, a każdy ma mieć ponad 100 metrów głębokości.
Byłaby to kolejna już geotermalna restauracja McDonald’s. Pierwsza bowiem powstała w Michigan, w 1997 r. Tę akurat placówkę zaplanowano jako totalnie ekologiczną: oprócz ciepła z głębi planety zastosowano energooszczędne oświetlenie i urządzenia kuchenne, oraz sensory, załączające oświetlenie po zmroku.
Z kolei zarząd sieci luksusowych hoteli Marriott wyznaczył sobie ambitny cel, by w ciągu najbliższych pięciu lat wyeliminować z użytku wszelkie styropianowe i plastikowe „gadżety” hotelowe: tacki, kubki, pojemniki i miliony innych przyborów jednorazowego użytku, które tonami lądują w śmietniskach. Dzięki temu mają nadzieję, że corocznie zmniejszy się zanieczyszczanie środowiska naturalnego o setki ton plastików i styropianów. Marriott planuje zastępować przedmioty jednorazowego użytku takimi, których można wielokrotnie używać, albo wprowadzić do użytku „jednorazówki” ulegające biodegradacji, produkowane z trzciny cukrowej, skrobi ziemniaczanej i olejów roślinnych. Póki co firma nie zdradza szczegółów, ale ogłosiła, iż ekologiczne zastępniki ulegają biodegradacji już po pół roku.
Marriott planuje też stworzenie specjalnego „zielonego zespołu”, poruszającego się autami o napędach hybrydowych. Jego zadanie będzie polegać na zachęcaniu do proekologicznych zmian w hotelach Marriott na całym świecie.
Obie idee są warte uwagi, bo odtąd frytki nie muszą kojarzyć się ze zużytym olejem, a luksus z brakiem trosk o to, co stanie się z plastikowym widelczykiem.
Źródło: greenbiz
Foto: AGENCJE MODELEK
Gdzie zamieszka błazenek Nemo?

Możliwe, że błazenek Nemo za niedługo może zostać bezdomną rybką. Wszystko za sprawą globalnego ocieplenia klimatu, które powoduje masową degenerację delikatnych gatunków miękkich korali. Koralowce te nie posiadają twardych elementów ciała czyli zmineralizowanych szkieletów. To ich całe nieszczęście, gdyż są z tego powodu ogromnie wrażliwe na wszelkie zmiany środowiska, w którym żyją. Wprawdzie ocieplenie nie powoduje bezpośrednio śmierci komórek miękkich polipów, ale pośrednio na pewno przyczynia się do ich wymierania.
Okazuje się, że wrażliwe koralowce żyją w symbiozie z mikroskopijnymi algami. Algi zamieszkujące ich komórki dostarczają koralowcom pożywienia produkowanego podczas fotosyntezy, a same w zamian mają zapewnione lokum mieszkalne. Algi – symbionty zwane są zooksantellami. Bywają pięknie ubarwione – to właśnie dzięki maleńkim zooksantellom koralowce są bajecznie kolorowe. Niestety, pod wpływem stresu algi giną. Koralowiec zaczyna tracić barwy, aż staje się szarobury, traci wigor i w krótkim czasie umiera.
Naukowcy biją na potęgę na alarm: koralowce umierają szybciej, niż ludziom udaje się sklasyfikować nowo poznane ich gatunki! Najgorzej, że śmierć koralowców pociąga za sobą destrukcję niezwykle wrażliwego na zmiany układu całej rafy koralowej: giną też zwierzęta, zamieszkujące zwarte struktury tych jamochłonów. M.in. błazenki okoniowate, czyli krewni popularnego Nemo z disnejowskiej kreskówki.
Jeśli tęgie głowy naukowców nie wymyślą sposobu na ratowanie raf koralowych, gatunek zwany błazenek okoniowaty może po prostu zniknąć z naszej planety. Niestety, animowanego bohatera nie da się sklonować, by odtworzyć wymarły gatunek. By więc Nemo nie stał się tylko wspomnieniem po istniejącym niegdyś gatunku, należy jak najszybciej zacząć ratować rafy koralowe. Jak? Biedzą się nad tym rzesze naukowców i uruchamiają kolejne programy naprawcze. My możemy im pomóc, produkując jak najmniej zanieczyszczeń. Wprawdzie koralowcom nie od razu wrócą bajeczne kolory, ale z czasem… Miejmy nadzieję!
Foto: FreeDigitalPhotos.net
Dywany przyjazne środowisku

Okazuje się, że o środowisko naturalne można też z powodzeniem troszczyć się, zwracając uwagę na to, po czym stąpamy, przebywając w każdym pomieszczeniu zamkniętym. W USA funkcjonuje niezwykle przydatny system oceny jakości i certyfikacji wykładzin i dywanów. Wg. wytycznych systemu, produkty ocenia się pod względem kilku kryteriów:
- PHE, czyli wpływu, jaki wywierają na zdrowie człowieka i na środowisko naturalne.
- EN, czyli mierników związanych z energią i jej wykorzystaniem przy produkcji wykładzin.
- MATLS, czyli określenia składu surowcowego i tego, czy poszczególne składowe produktu ulegają biodegradacji, a jeśli tak, to w jakim stopniu. Jeśli dywan wykonano z ekologicznych surowców, określa się ich miejsce w rankingu surowców preferowanych do produkcji wykładzin.
- MFG, czyli badanie cyklu produkcyjnego.
- EOL, czyli system reklamacji wadliwych produktów i określenie sposobu, w jaki kończą swój żywot.
System zwie się „Sustainable Carpet Standard”. Jeśli wykładzina pomyślnie przejdzie testy w każdej w 5 powyższych kategorii kryteriów, określa się jej przynależność do jednego z trzech poziomów Systemu: srebrnego, złotego albo platynowego.
Sam system certyfikacji wykładzin jest częścią większego programu, mającego na celu wyłuskanie z niezliczonej liczby produktów, które są dostępne na rynku budowlano – wyposażeniowym, tych, które nie szkodzą środowisku naturalnemu.
Idea tzw. „green building”, czyli zielonego, albo proekologicznego budownictwa nie jest wprawdzie nowością, ale w dobie zagrożenia klimatyczną katastrofą, staje się coraz bardziej popularna. Ba, staje się powoli rozsądnym wymogiem!
I tak samo, jak niegdyś normy z grupy ISO, będące wyznacznikami jakości, zawojowały światową produkcję (stały się modne, m.in. dzięki rosnącej świadomości konsumentów), tak teraz fabryki powinny zainteresować się bliżej systemami podobnymi do opisanego wyżej.
I nie jest to bynajmniej kolejny przejaw „mody na Amerykę”. To przejaw zdrowego rozsądku, troski o naszą planetę i znak, że nadąża się za światowymi trendami.
Źródło: ENN
Foto: FreeDigitalPhotos.net
Katastrofa! Z korzyścią…?

Światu grozi w najbliższym czasie nieunikniona katastrofa: wszystko z powodu horrendalnych cen ropy. Baryłka kosztuje już prawie 100$! Jeszcze niedawno analitycy zachłystywali się ceną 80 $ za baryłkę. A tu, proszę: okrąglutka setka… I końca podwyżek nie widać.
Nie słychać też nic na temat wprowadzania do seryjnej produkcji naprawdę TANICH aut o napędach hybrydowych. Owszem, jest na rynku np. niepokonana Toyota Prius, Cadillac ma zamiar zaprezentować niebawem swoją wizję auta z hybrydowym napędem, od czterech lat po drogach jeździ hybrydowa Honda Civic, a rok po niej zadebiutował na rynku Ford Escape, napędzany alternatywną energią. Nawet producent Mercedesa przymierza się do seryjnej produkcji auta o napędzie hybrydowym. Lista samochodów, które poruszają się dzięki wykorzystaniu energii elektrycznej, ze spalania gazu, biopaliw, wodoru, czy wreszcie wykorzystujących napęd solarny jest całkiem liczna. I wydawać by się mogło, że potencjalny nabywca znajdzie model dla siebie…
Owszem, model może i znajdzie. Jedynie cena go odstraszy. Auta – hybrydy są dużo droższe od modeli, którym do baku leje się benzynę.
Możliwe więc, że skandaliczne ceny ropy zmuszą koncerny motoryzacyjne do wytężonej pracy nad kreowaniem pojazdów napędzanych ekologicznymi paliwami. Konkurencja zaś wpływa przeważnie korzystnie na obniżenie poziomu cen.
Korzyść w tym przypadku byłaby wielostronna: klient nabywałby samochód w rozsądnej cenie, którego utrzymanie również byłoby skalkulowane na przyzwoitym poziomie; środowisko naturalne odetchnęłoby od spalin, a koncerny motoryzacyjne, zamiast martwić się słabnącym popytem na nowe auta i tworzyć modele o odświeżonych tylko designach, skupiłyby się na wymyślaniu i wdrażaniu nowoczesnych rodzajów napędów.
Jak się nad tym dłużej zastanowić, nie jest to tylko idylliczna wizja i pobożne życzenie wielu ludzi, prawdziwie zatroskanych o przyszłość środowiska naturalnego naszej planety.
To całkiem ciekawe, ale dzięki szaleństwu cen ropy, prawdopodobnie ludzkość dostała nieoczekiwanie szansę na zmianę swojego stosunku do środowiska naturalnego…
Foto: ekoenergia.pl
Dziecko Krakatau ma głos!

Dziś w nocy Anak Krakatau zionął kilkadziesiąt razy ognistymi fajerwerkami, wyrzucił z siebie chmurę gazu i strumienie lawy. Wprawdzie spodziewano się wybuchu tego wulkanu – wskazywały na to wyniki z urządzeń pomiarowych i powtarzające się gniewne pomruki ognistej góry oraz wstrząsy sejsmiczne, ale tak naprawdę, naukowcy nie umieli określić ani siły, ani daty wybuchu. Oceniając skutki nocnej erupcji, specjaliści od wulkanów uspokajają ludność, zamieszkującą okoliczne tereny. Wprawdzie wybuch Anak Krakatau nie wyglądał jak rozrywkowe strzelanie fajerwerkami, ale nie wyrządził też poważniejszych szkód. I naukowcy nie przewidują, by wulkan mógł być groźny. Ot, po prostu, co jakiś czas musi oczyścić tunel, w którym zbiera się lawa.
Wulkany to nieprzewidywalne twory: pomimo zakrojonych na szeroką skalę badań, naukowcy wciąż nie potrafią określać terminu erupcji. Mogą jedynie, bazując na porównywalnych sytuacjach, spekulować na temat potencjalnej erupcji.
Wulkany wciąż zaskakują – przykładem niech jest indonezyjski Kelud, który od kilku tygodni frapuje naukowców. Wyrzuca kłęby pary, dymi na potęgę… I nic więcej. Wprawdzie ziemia co jakiś czas zadrży, ale nie wpływa to znacząco na wzrost aktywności Keluda. Żeby było dziwniej, szeroki krater tego wulkanu zalany jest wodą. Więc nie wiadomo, czy z dna nie wypływa lawa. Wiadomo natomiast, że para pochodzi z podgrzanej przez ciepło Ziemi wody w kraterze. Naukowcy woleli wszcząć alarm, tak trochę na zapas, ponieważ zachowanie Keluda było na tyle dziwne, iż wszystkie hipotezy zawodziły, natomiast okolicę zamieszkują tysiące ludzi. Wprawdzie w czwartek obniżono stopień zagrożenia, ale z zastrzeżeniem, iż wulkan wciąż jest potencjalnie niebezpieczny. Wiadomo, lepiej na zimne dmuchać – nawet jeśli to „zimne” jest w postaci chmury pary wodnej.
Gdyby Anak Krakatau i Kelud wybuchły (a nie są to małe wulkany) mogłyby doprowadzić do kolosalnych zniszczeń i pochłonąć tysiące istnień. Skutki klimatyczne takich erupcji nie napawałyby optymizmem – pomni więc na tragedię z Krakatau, powinniśmy raczej dmuchać na zimne…
Foto: FreeDigitalPhotos.net
Grenlandzkie truskawki i brokuły
Jeśli globalne ocieplenie będzie postępować w przybliżonym do teraźniejszego tempie, za niedługo Grenlandia może stać się światowym eksporterem świeżutkiej zieleniny. Tamtejsi farmerzy z powodzeniem uprawiają kalafiory, brokuły, ziemniaki, warzywa korzeniowe, a co odważniejsi zakładają plantacje truskawek. Od kilkudziesięciu lat na Grenlandii notuje się wydłużenie okresu wegetacyjnego. Sprzyja to prowadzeniu upraw roślin , które do tej pory nie mogły tam rosnąć ze względu na zbyt surowe warunki klimatyczne i za krótki czas przyjemnego ciepła.
Ocieplaniu się klimatu wyspy winien jest wzrost temperatury powierza i wód Oceanu Atlantyckiego. Temperatura wody wzrosła w ostatnich kilkudziesięciu latach o 1 stopień Celsjusza, co spowodowało ogrzanie mas powietrza, przemieszczających się nad Grenlandią aż o 3 st. C! To bardzo dużo, biorąc pod uwagę czas, w którym nastąpiło ocieplenie.
Nazwa Grenlandia pochodzi od słowa greenland, co znaczy zielony ląd. Jakieś tysiąc lat temu Grenlandia była rzeczywiście bardzo zazieleniona – panowały na niej na tyle sprzyjające warunki klimatyczne, że przez całe stulecia jej dawni mieszkańcy, potomkowie Wikingów, uprawiali ziemię na większej powierzchni wyspy. Kiedy w XV wieku nadeszła Mała Epoka Lodowcowa, uprawy zasypał śnieg, a mróz skuł podłoże. Ludność przeniosła się albo na wybrzeża wyspy, albo wyprowadziła na okoliczne lądy. Z dawnego, zielonego kraju została tylko nazwa.
My kojarzymy Grenlandię z polarnymi misiami, Eskimosami w cieplutkich futrach i niekończącą się masą śniegu. Tymczasem Eskimosi chodzą coraz bardziej roznegliżowani, misie polują bliżej koła podbiegunowego, a śniegu bywa tam czasem jak na lekarstwo.
Z ocieplenia cieszą się mieszkańcy tej największej na świecie wyspy: mają alternatywne źródło dochodów – oprócz przetwarzania darów oceanu. No i ceny rodzimych warzyw są dużo niższe od importowanych z Danii.
Powód radości Grenlandczyków spędza sen z powiek wszystkim świadomym negatywnych skutków ocieplenia klimatu. Okazuje się, że grenlandzka zielenina, tak naprawdę, nie powinna cieszyć…
Źródło: ENN
Foto: FreeDigitalPhotos.net
Jazda na bakteriach
Naukowcy z Uniwersytetu Arizona pracują nad, być może, rewolucyjnym i na pewno nowatorskim projektem produkcji biopaliw. Do pracy zostały zaprzęgnięte bakterie, które produkują biopaliwa z odpadków roślinnych, przekształcając produkty rozkładu w etanol. Choć metoda jest dopiero w stadium raczkującym (próbne „fermy” bakteryjne to zaledwie kilka pojemników, w których powstaje nowe biopaliwo), ale spodziewane efekty i opłacalność procesu sprawiły, że eksperymentami zainteresował się gigant paliwowy, koncern BP. Firma zainwestowała już w badania i technologie tego procesu niebagatelne pieniądze, wierząc, że inwestycja zwróci się z nawiązką. Ocenia się bowiem, że za 10 lat wyprodukowanie 1 galona (czyli 3,785 litra) nowego biopaliwa będzie kosztować mniej niż 1 dolar!
To bardzo obiecująca perspektywa – zważywszy na to, iż ceny baryłki ropy osiągają obecnie rekordowe wysokości i nic nie wskazuje na to, by miały spadać.
BP wie więc, co robi – inwestuje w przyszłość. Zaangażowanie korporacji nie byłoby pewnie aż tak wielkie, gdyby nie chodziło o biopaliwa. BP bowiem od wielu lat inwestuje w technologie przyjazne środowisku – wszyscy kierowcy chyba znają zielono – żółto – białe „słoneczko” – logo przedsiębiorstwa. Nie od parady BP wybrało na znak firmowy taki ekologiczny znak. Firma szczyci się dbałością o środowisko naturalne i przedsięwzięciami, które dzięki swej innowacyjności i „zielonemu” charakterowi wielokrotnie nadawały ton poczynaniom konkurencji.
Grupa z Arizony, mając tak prestiżowy i suto finansujący badania nad nową metodą produkcji biopaliw patronat, może pracować pełną parą. Naukowcy przewidują, że proces będzie się rozwijał, aż w końcu cały interes będzie owocował „zielonymi”, czyli szeleszczącymi dolarami.
Bakterie do produkcji biopaliw wykorzystują m.in. dwutlenek węgla, a tego gazu mamy na naszej planecie nawet w nadmiarze. Pomysł, by mikroby wykorzystujące CO2 zaprząc do produkcji biopaliw jest po wielokroć pożyteczny, ponieważ mniej tego gazu powędruje do atmosfery, a ludzie z zastosowaniem naturalnych procesów uzyskiwać będą całkiem tanie, ekologiczne biopaliwa. A o to przecież w całym zamieszaniu chodzi: o czystszą Ziemię.
Źródło: azcentral.com
Foto: fotomodelki.enn
Dekada Priusa
Wczoraj Toyota Prius świętowała swoje dziesiąte urodziny. To najpopularniejszy na świecie, seryjnie produkowany samochód o napędzie hybrydowym, spalinowo – elektrycznym. Wymyślił ją kilkadziesiąt lat temu Takeshi Uchiyamada – młody wówczas inżynier pracujący w Toyocie, a obecnie wiceprezydent korporacji. Jego marzenie zaczęło się ziszczać w 1994 roku, a stało się rzeczywistością dopiero trzy lata później, kiedy na drogi wyjechały pierwsze egzemplarze Priusa.
O tym, jak bardzo popularne jest to auto świadczą statystyki sprzedaży: w samych tylko Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatnich 5 lat popyt na Priusa wzrósł pięciokrotnie! Wprawdzie Prius do tanich aut nie należy, ale jest to model godny uwagi ze względu na proekologiczne rozwiązania napędowe.
Konkurencja jednak nie śpi i – o ile nie wymyśla hybryd na czterech kółkach – na pewno prowadzi intensywne prace nad alternatywnymi rodzajami napędów. Wyścig trwa, a Toyota intensywnie pracuje nad kolejnymi generacjami aut o hybrydowym napędzie.
Źródło: MercuryNews
Foto: foto.tensus
Świetlna rewolucja w okolicach Sahary
![]()
Szykuje się wielka rewolucja w tysiącach afrykańskich domów: Fundacja Fereeplay powołała do życia projekt, który będzie polegał na wymianie starych, kopcących i drogich w eksploatacji lamp naftowych oraz innych, używanych w biednych, afrykańskich domach, źródeł światła (często nieprzyjaznych środowisku i negatywnie wpływających na zdrowie mieszkańców) na nowoczesne, efektywne i tanie w użyciu.
Pracownicy fundacji wyselekcjonowali kilka najbardziej potrzebujących i najbiedniejszych rejonów Afryki – głównie w okolicach Sahary, którym wdrożenie programu przyniesie wymierne korzyści w postaci poprawy jakości życia. Dla milionów Afrykańczyków bowiem, kiedy słońce zajdzie, kończy się czas aktywności życiowej. Pogrążeni w ciemnościach, ratują się skąpym światłem ze starych lampek – o ile stać ich na naftę albo baterie. Większość mieszkańców terenów subsaharyjskich żyje bardzo biednie, a nakłady na zasilanie lamp pochłaniają ok. 15% miesięcznego budżetu rodziny. O standardowym, elektrycznym oświetleniu nie mają co marzyć, ponieważ tereny, na których mieszkają, nie mają podłączenia sieci elektrycznej.
Fundacja ocenia, że już dwie godziny światła dziennie z nowoczesnej, przenośnej lampy znacząco poprawiłoby jakość życia tych ludzi.
Eksperymentalny etap rozświetlania okołosaharyjskich ciemności rozpocznie się już za kilka miesięcy w Kenii.
Projekt jest już kolejną inicjatywą Fundacji Freeplay, poprawiającą jakość życia mieszkańców biednych rejonów Afryki. W 1999 roku organizacja dostarczyła Afrykańczykom 150 tys. przenośnych odbiorników radiowych.
Źródło: BBC NEWS
Foto: darmowe zdjęcia
Ołowiane zabawki
I znów trzeba wycofać z rynku kilkaset tysięcy zabawek “made in China”…
Tym razem chodzi o robotopodobne straszydełka, zwane „Galaxy Warriors”. Powód ciągle ten sam: za dużo ołowiu w farbach, którymi pomalowano galaktycznych wojowników. Zdawać by się mogło, że po niedawnych aferach w dokładnie tym samym stylu, tylko związanych z topowymi modelami lalki Barbie firmy Mattel, Chińczycy zorientują się, że zarówno Amerykanie jak i Europejczycy wnikliwie będą kontrolować dostarczane na ich rynki zabawki. Okazuje się jednak, że albo zawiodły kontrole jakości w fabrykach zabawek, albo zaspali celnicy, którzy (a chyba mało kto o tym wie) również mogą przeprowadzać kontrole jakościowe przewożonych towarów.
Ciekawe, ile jeszcze afer z chińskimi bublami musimy przeżyć, by w Kraju Środka, oprócz nakładów na kolejne fabryczki, postawiono na solidną kontrolę produktów?
Po problemach związanych z trującą pastą do zębów, nafaszerowanymi antybiotykami frutti di mare i toksycznymi zabawkami wydaje się skrajnym nierozsądkiem kupować cokolwiek wyprodukowanego w Chinach.
A pamiętamy jeszcze czasy, kiedy chińskie kredki świecowe nie miały sobie równych, bo były miękkie i bajecznie kolorowe, gumki zmazujące oszałamiały feerią barw i pachniały jak guma balonowa z dawnego „Pewexu”, a posiadacza chińskiego piórnika otaczał tłum wielbicieli/ek, podobnie jak dziś właściciela Porsche. Wszystkie te produkty były świetne jakościowo, wcale nie tanie i przede wszystkim wyprodukowane z bezpiecznych surowców. Nie tak dawno jeszcze “made in China” oznaczało towar z wysokiej półki. Teraz spada on nawet z tej najniższej.
Foto: morguefile

